sobota, 16 czerwca 2012

hello, hello - turn your radio on


Poranny pośpiech. Niewierny budzik. Nierealne dziesięć minut. Pusty żołądek. Zapach kawy z ekspresu. Piątkowy Mann urokliwie pokasłuje w Trójkowym poranku. Pęd w głowie - z nogami zawsze było trochę gorzej. Grzywka prawdopodobnie gdzieś na plecach. Stukot butów pod przejściem podziemnym. Nerwowe próby wyszukania portfela w skóropodobnej teczce. Wreszcie lekki uśmiech - przyjechał. Stoję - stoję. Tłok, jak tłok. Dla mnie jestem tylko ja,  Mika Urbaniak w słuchawce i torba, kurczowo trzymana za uchwyt - tak, wciąż gardzę wszelkimi przejawami nieufności i mentalnością starych ludzi, ale... trzecia kradzież w tej samej linii tramwajowej - sic! na tym samym odcinku w jednej, bądź co bądź, poczciwej rodzinie mogłaby być odebrana jako FATUM? A przecież tak bardzo boję się przeznaczenia i równocześnie szydzę z przesądów. Skrajności, wspominałam już o nich?

Popołudniowy rozgardiasz. Pstro w głowie. Nienawidzę u siebie tej cechy. Liche plany. Znowu jest przyziemnie. Kropki, kreski i już jestem w drodze. Znowu spóźniona, ale tym razem buty uniemożliwiają pogoń. Tę za rozumiem także. Spacer, aleja, nawet cmentarz. Nierówny oddech, pragnienie. Potykanie się o własne nogi. W tle entuzjastyczne okrzyki kolorowego tłumu - kibice,  tak bardzo chciałabym tam być. Ciekawość i oczekiwania co do radiowej społeczności odrobinę studzą krew. Docieramy na miejsce. Jest przyjemnie. Ładni ludzie o ładnych głosach przy niekoniecznie ładnych obrusach. Zapach dobrego jedzenia. Zauważam "poniedziałkową" świtę. Początkowo nie podchodzę, odrobinę speszona całą 'obcą' resztą.  Tak, to przejściowe. Nie potrafię trwać w zawieszeniu. Prawdopodobnie przez następne godziny tkwię w jakimś szalonym, entuzjastycznym uśmiechu - tak bardzo szczerym - że aż nad nim nie panuję. Chwila oddechu na 'szczycie'.  Panorama miasta, zachód słońca, trochę okropnych zdjęć, słowotok. Podziw - tak bardzo zazdroszczę im zapału. Chwilowe pretensje i samoopieprzanie się - hej, zmarnowałam sobie życie. Trudno - pomyślę o tym po drodze. Powrót po ciemku, zapach lasu, krakowska oszczędność na oświetleniu, pożyczony miękki sweter. Salwator - jak to ładnie brzmi, zawsze brzmiało.
Czekanie - sporo go w moim życiu. Cierpliwość podobno popłaca. Dlatego tak ją gloryfikuję.
Podróż leniwa jak nigdy,  nie chce mi się otwierać ust, a jeszcze pół godziny byłam tak pełna entuzjazmu. Zmęczenie i strach przed rutyną. Walka trwa.



 

Damy dzisiaj radę, czuję to. Ja i cała ta biało - czerwona otoczka.


N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz